TARNÓW ROMANA BRANDSTAETTERA

Roman Brandstaetter (1906-1987) pisarz, poeta, dramaturg, tłumacz

 

Urodził się w żydowskiej rodzinie inteligenckiej, jako syn Ludwika i Marii z domu Brandstaetter. Jego dziadek, Mordechaj Dawid Brandstaetter (1844-1928), był właścicielem tłoczni oleju lnianego w Tarnowie, jak również znanym nestorem literatury hebrajskojęzycznej, autorem wielu opowiadań i nowel.

Brandstaetter ukończył szkołę powszechną oraz Gimnazjum Męskie im. Kazimierza Brodzińskiego w Tarnowie, a egzamin dojrzałości zdał w 1924 r., w Krakowie. Tam też studiował filozofię i filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Już w czasie studiów zadebiutował jako poeta, publikując w 1926 roku na łamach Kuriera Literacko-Naukowego wiersz „Elegia o śmierci Sergiusza Jesienina”.

Po ukończeniu studiów przebywał w latach 1929-1931 na rządowym stypendium w Paryżu, gdzie prowadził badania nad działalnością polityczno-społeczną Adama Mickiewicza. Praca ta zaowocowała tytułem doktora filozofii, który otrzymał w 1932r. Po powrocie z Paryża, przez rok pracował jako nauczyciel języka polskiego, później podjął pracę literacką i publicystyczną drukując w Kurierze Literacko-Naukowym i Miesięczniku Żydowskim. Wydał również szkice historyczno-literackie.

Krótko po wybuchu II wojny światowej Roman Brandstaetter przeniósł się do Wilna, gdzie w 1940 roku poślubił Tamarę Karren. Po kilkumiesięcznym pobycie w Wilnie oboje z żoną udali się do Jerozolimy, poprzez Moskwę, Baku, Iran i Irak. W tym czasie powstał pierwszy z dramatów Brandstaettera zatytułowany „Kupiec warszawski” (1940-1941). W Jerozolimie autor początkowo współpracował z hebrajskimi wydawnictwami, prasą i teatrem. Następnie, dzięki pomocy profesora Stanisława Kota, który był nauczycielem Brandstaettera na Uniwersytecie Jagiellońskim, otrzymał posadę w nasłuchu radiowym Polskiej Agencji Telegraficznej, gdzie pracował aż do czasu swojego wyjazdu z Palestyny.

W okresie 1941-1946, napisał pięć kolejnych dramatów, których nigdy nie wystawił na scenie. Wtedy też powstał „Powrót syna marnotrawnego”, jeden z jego najwybitniejszych dramatów.

W 1945 rozszedł się z żoną Tamarą, rok później wyjechał do Egiptu, a stamtąd do Rzymu, gdzie przyjął chrzest i poślubił Reginę z Brochwiczów Wiktorównę. We Włoszech, zainspirowany postacią św. Franciszka i pięknem Asyżu, napisał prozatorskie „Kroniki Asyżu” (1947) oraz misterium „Teatr Świętego Franciszka” (1947). Tam też stworzył kolejne dramaty: „Noce narodowe” (1946/1947) i „Przemysław II” (1948).

Po powrocie do Polski w 1948, zamieszkał w Poznaniu, gdzie otrzymał posadę kierownika literackiego Teatru Polskiego, a następnie Teatru Wielkiego. W 1950 Brandstaetter przeniósł się do Zakopanego, gdzie spędził 10 lat. Tam stworzył m. in. „Upadek Kamiennego domu” (1950). W 1960 r. Brandstaetter powrócił do Poznania i oddał się wyłącznie pracy literackiej.Roman Brandstaetter zmarł na zawał serca 27 września 1987 roku.

 

Opisanie rodzinnego miasta

Leży na niewysokim pagórku u stóp Podkarpacia. Na szczycie wznosi się wspaniała gotycka katedra i renesansowy ratusz z piękną attyką i rzeźbami włoskiego mistrza Padovano. Starówka ze swoimi podcieniami, z wąskimi uliczkami, zaułkami i Wielkimi Schodami, fragmenty baszty i murów przy ulicy Wałowej, szczątki renesansowej bóźnicy – to wszystko jest bardzo włoskie. Herbem miasta jest półksiężyc z gwiazdą. Panuje tutaj ciepły klimat. Do pełni włoskiego charakteru Tarnowa – bo mowa o tym mieście – brak tylko błękitnego morza, bijącego o podnóże Góry św. Marcina uwieńczonej ruinami zamku Tarnowskich. Ongi za dawnych czasów rosły tu nawet palmy, wprawdzie tylko w olbrzymich wazonach w hallu hotelu „Bristol”, ale mimo to były one ważnym akcentem w śródziemnomorskim wizerunku miasta. A niebo? Neapolitańskie! Może jest w tym określeniu nieco przesady, ale ponieważ jest to niebo mojego dzieciństwa, przesada, jest nie tylko w pełni uzasadniona, ale posiada wszelkie cechy umiarkowanego prawdopodobieństwa.

 

Szkoła podstawowa im. K. Brodzińskiego

Wreszcie nastały wakacje. W upalne czerwcowe południe stałem na ganku i patrzałem na dziedziniec szkoły przylegającej jednym bokiem do podwórza kamienicy, w której mieszkaliśmy. Gapiąc się

z wysokości drugiego piętra na budynek mojej całorocznej kaźni, rozkoszowałem się panującą w nim ciszą i pustką.

Szkoła wydawała mi się teraz pokonanym, bezsilnym smokiem, który przed upływem dwóch letnich miesięcy już mnie nie dosięgnie.

 

Miłosne wyznanie

 

Anna uczyła w szkole powszechnej. Była mądrą i inteligentną nauczycielką. Ale była również piękną dziewczyną. Kochała się w niej cała klasa. On również. Najmilsze były lekcje śpiewu. Śpiewali wszyscy chórem. Dobrze im się śpiewało. Ale raz zdarzyło się na jednej lekcji, że Anna po kolei wywoływała uczniów na środek sali i kazała im śpiewać solo dowolnie wybraną piosenkę. Gdy go wywołała, wyszedł na środek sali i stał z opuszczoną głową, ponury i zgnębiony. Nie chciał śpiewać, bojąc się, że swoim śpiewem mimo woli zdradzi gorące uczucia, jakie żywił dla pięknej Anny.
– Dlaczego nie śpiewasz? – spytała łagodnie Anna.
– Nie mogę – odrzekł.
I rozpłakał się.

 

Gorące kasztany

 

Co roku na początku grudnia zjawiał się w Tarnowie czarnowłosy Węgier, ustawiał na Placu Sobieskiego okrągły, żelazny piecyk, rozpalał na jego płycie drzewny węgiel, gwałtownie weń dmuchał, wyjmował z worka kasztany i ostrożnie, z namaszczoną celebrą układał je na żarzącym się palenisku.
Ponieważ człowiek ten od wielu lat zjawiał się punktualnie około św. Mikołaja na Placu Sobieskiego ze swoim wędrownym piecykiem i ręcznym wózkiem naładowanym workami kasztanów, tarnowianie nadejście pory zimowej zwykli liczyć od dnia jego przybycia. – Nadchodzi zima – medytowali- Węgier sprzedaje gorące kasztany. (…) Były to bowiem czasy, gdy wierzyło się w niezachwianą kolejność raz na zawsze ustalonych zdarzeń, w nieodmienność przyzwyczajeń, w miary i wagi, które nie podlegają przewartościowaniu. Taka to była epoka. Czyż mogłem wtedy przewidzieć, że nadejdzie dzień, gdy Węgier już więcej nie zjawi się na Placu Sobieskiego, a odległy zapach kasztanów, pieczonych na rozżarzonym węglu drzewnym wyciśnie kiedyś z moich oczu sentymentalną łzę?

 

Dwa Testamenty

 

W naszym gimnazjum nauki religii katolickiej udzielał ksiądz prałat Józef Wątorek, a mojżeszowej – Izaak Bleiweiss. (…)

Zdarzyło się pewnego dnia, że podczas pauzy na dziedzińcu gimnazjalnym, rozbrzmiewającym wrzaskiem uczniowskiej gawiedzi, ksiądz Wątorek i Bleiweiss pełnili profesorski dyżur – Bleiweiss pod bramą, ksiądz po przeciwnej stronie, pod murem oddzielającym gimnazjum od sąsiadującego z nim seminarium duchownego. W pewnej chwili spostrzegłem, że stoją razem i z ożywieniem rozprawiają. (…)

Śledziliśmy tę scenę z rosnącą ciekawością, nikt z nas jednak nie ośmielił się podejść bliżej, aby usłyszeć, co mówią z sobą bogobojni nauczyciele. Widzieliśmy tylko, jak ksiądz prałat mówił z zapałem, a Bleiweiss skurczony słuchał i za każdym słowem katechety coraz bardziej malał. Zdawało się, że ogromna postać księdza wchłonie w siebie drobną figurkę Bleiweissa, po którym wkrótce już nic nie pozostanie. Ale Izaak Bleiweiss na przekór prawom fizycznym wciąż niewzruszenie trwał. Zadarłszy głowę, wpatrywał się w niebosiężną postać księdza. Wreszcie dopchał się do głosu. Mówił z równym co ksiądz zapałem(…) I nagle stało się coś, co w naszych młodych oczach równało się cudowi. Ksiądz Wątorek ujął pod rękę Bleiweissa i ciągnąc za sobą – mówiąc językiem biblijnym – „ten worek z kośćmi”, przechadzał się z nim, ku naszej szalonej radości, po dziedzińcu, wciąż zanosząc się gromkim śmiechem. Teraz już nie wytrzymaliśmy. Ktoś krzyknął:
– Stary Testament chodzi pod rękę z Nowym!
Z setki gardeł wyrwał się chóralny krzyk:
– Stary Testament chodzi pod rękę z Nowym!
– Słyszy pan profesor? – spytał tubalnym głosem ksiądz.
A na to Bleiweiss:
– Dlaczego nie miałbym słyszeć, proszę księdza prałata? Ksiądz Wątorek śmiał się. Śmiał się również Bleiweiss. I tak śmiejąc się, przechadzali się pod rękę środkiem wiwatujących uczniów i rozdawali uśmiechy na prawo i lewo – atletyczny ksiądz Wątorek i chudzina Bleiweiss, wiszący u jego potężnego ramienia. Chociaż dzisiaj jeden leży na rzymskokatolickim cmentarzu, a drugi na żydowskim kirkucie, wierzę, że przechadzają się razem po lśniących posadzkach Wiecznego Pałacu, że ksiądz Wątorek pyta Izaaka Bleiweissa: „Czy słyszy pan profesor, jak pięknie śpiewają chóry anielskie?”, a mały Bleiweiss odpowiada mu z uśmiechem: „Dlaczego nie miałbym słyszeć, proszę księdza prałata?”

 

Nauczyciel Stanisława Wyspiańskiego

 

Dyrektor naszego gimnazjum w Tarnowie Jan Jaglarz – nazywaliśmy go bacą, jak już wspomniałem w jedne z poprzednich opowieści – nie cieszył się sympatią uczniów. (…) Często przychodził do nas na lekcję języka polskiego, przysługiwał się z uwagą wykładowi nauczyciela, jego pytaniom i naszym odpowiedziom. (…) Pamiętam, jak raz zjawił się na lekcji polskiego. Wszedł bez słowa powitania, usiadł na katedrze, za stołem, i zwracając się do nauczyciela, Andrzeja Indyka, spytał:
– Co dzisiaj czytacie?
– Drugą część Dziadów – odparł Indyk.
– Słucham… – rzekł baca.
I rozpoczęła się lektura drugiej części Dziadów. Gdy guślarz zaczął wywoływać duchy, Indyk przerwał nam czytanie i wygłosił wykład o świecie pozazmysłowym w polskiej literaturze romantycznej. Lubił śledzić wpływy jednych pisarzy na drugich – z zamiłowaniem uprawiał tę „wpływologię” – zatrzymał się więc dłużej nad Weselem Wyspiańskiego i mówił o jego związkach z Dziadami .Ponieważ przed kilkoma miesiącami klasa nasza pojechała na przedstawienie Wesela do Krakowa, i byliśmy już nieco przygotowani do odbioru tego dramatu, słuchaliśmy wywodów Indyka z niekłamaną uwagą. Podczas wykładu Jaglarz siedział na katedrze w nieruchomej pozie twarzy jakby wyciosanej w kamiennej bryle nie drgnął ani jeden muskuł. Zdawało mi się, że się nudzi. Dzwonek. Koniec lekcji.
Baca powolnym krokiem bez słowa wyszedł z sali.

Minęły długie lata. W roku 1971 przeczytałem świeżo wydany Kalendarz życia i twórczości Stanisława Wyspiańskiego i tam znalazłem wzmiankę o … Janie Jaglarzu, który w roku 1879 w gimnazjum św. Anny w Krakowie uczył przyszłego twórcę Wesela języka polskiego. Nie wierzyłem własnym oczom. Jak to? Nasz baca uczył Wyspiańskiego języka polskiego? I nic nam o tym nie powiedział wtedy, przed laty, podczas lekcji, gdy była mowa o Weselu? Nie powiedział nam, że był nauczycielem genialnego twórcy? Przecież w całym życiu Jaglarza, w całej jego pedagogicznej karierze był to jego jedyny szczebel do chwały grodu”. A on nic… Siedział za stołem, na katedrze nadęty jak ropucha i milczał. A może nie dostrzegł jego obecności w klasie? Jak potem nas nie dostrzegał. A może ten chłopiec był dla niego tak niewidoczny, jak my wszyscy byliśmy dla niego tak niewidoczni? A mógł nas swoim wyznaniem olśnić
i utrwalić w pamięci uczniów obraz ich dyrektora, który był nauczycielem Wyspiańskiego. A on nic… Milczał…

Tę jego umarłą szansę chcę tym wspomnieniem przywrócić do życia.

 

Prymus

Był w naszej klasie prymusem i przedmiotem zachwytu wszystkich nauczycieli. Cieszył się wśród nich opinią ucznia ze wszech miar doskonałego. Po maturze, którą zdał z odznaczeniem, poszedł na wydział prawa. Nie skończył go. Oblał przy egzaminie. Potem był pisarczykiem sądowym w jakimś prowincjonalnym miasteczku. Mijały lata szare i smutne… Często rozmyślał o swoim losie i nie mógł zrozumieć dlaczego on, uczeń doskonały, niczego w życiu nie dokonał.

 

Smutek prowincji, czyli jak witaliśmy w Tarnowie marszałka Focha

 

Od kilku dni czyniliśmy gorączkowe przygotowania na powitanie marszałka Focha. Miał przejechać przez Tarnów w drodze do Krakowa o godzinie ósmej rano pociągiem specjalnym, złożonym z trzech wagonów salonowych. (…)

Już o godzinie siódmej ustawiliśmy się – klasy VI, VII, VIII I Gimnazjum imienia Kazimierza Brodzińskiego – na peronie dworca kolejowego, a nieco z boku, jak ubodzy krewni, stali studenci II Gimnazjum, które uważaliśmy za uczelnię, nie wiadomo dlaczego, mniej nobliwą od naszej. (…) Poprzedniego dnia na zbiorowej odprawie baca powiadomił nas, że na znak dany przez profesora Andrzeja Indyka, naszego polonistę, mamy wznieść pierwszy okrzyk na cześć Francji, a potem – również na dany przez Indyka znak – każdy z nas z osobna miał wznosić indywidualne okrzyki na chwałę dostojnego gościa. Czas dłużył się. Była już prawie dziewiąta, gdy nagle podbiegł do pułkownika naczelnik stacji i coś mu zameldował. Szmer poszedł po tłumach. Baca blady jak śmiertelne płótno, równie podniecony jak my, zwrócił się do nas i powiedział:
– Uwaga, chłopcy! Marszałek jedzie!

Hen, w dali ukazał się obłoczek dymu, który rósł z każdą sekundą. Do naszych uszu doszedł miarowy stukot pociągu. Już widzimy lokomotywę przybraną w polskie i francuskie barwy narodowe, Już lokomotywa wtacza się na peron, już widzimy maszynistę w czarnym melonie i w rękawiczkach, już stają przed nami trzy wagony salonowe o oknach zasłoniętych roletami. Krótka komenda. Kompania prezentuje broń. Orkiestra gra Marsyliankę. We wszystkich oknach wagonów wciąż zapuszczone są rolety. Tylko w jednym z nich, tym naprzeciw mnie, roleta lekko poruszyła się, zafalowała. I powoli, powoli zaczęła się podnosić. W oknie ukazała się postać w bieli, wprawdzie o marsowym, ale nieco zaspanym wyglądzie. Serce zabiło mi w piersiach. Oto zwycięzca znad Marny! Legendarny Foch! Nie wytrzymałem. Huknąłem na całe gardło: Wiwlafrans! WiwFosz! – Niezliczony tłum zakołysał się. Podchwycił mój okrzyk i wył:
– Wiwlafrans ! Wiwfosz ! – Tak krzyczeliśmy, a najgłośniej krzyczała moja klasa, która natychmiast przeszła z francuskiego na polski: – Niech żyje marszałek Foch! Niech żyje pogromca Niemców!
Indyk zatrząsł się jak w febrze. Poczerwieniał jak prawdziwy indyk i wymachując rękami, zawył:
– Przestańcie się drzeć, osły! To nie Foch! To kucharz!

 

Maszkaron

 

Stojąc znowu po wielu dziesiątkach lat przed tarnowskim ratuszem, ozdobionym renesansową attyką i maszkaronami włoskiego mistrza Jana Marii Padovano, przypomniałem sobie , że za dawnych czasów jedynym zgrzytem w tej pięknej budowli był dla mnie jeden z maszkaronów, podobny do mojego nauczyciela greki, który przez wiele lat próbował mi obrzydzić grecką gramatykę i literaturę, co mu się mimo jego szczerych chęci nigdy nie udało.

Teraz obojętnie patrzę na zatartą twarz maszkarona i nie znajduję w nie żadnego podobieństwa z moim nauczycielem greki.

 

Cierniowa korona

 

Nasza Marynia, ilekroć przechodziliśmy obok kościoła, żegnała się znakiem krzyża. Raz wzięła mnie
z sobą do katedry, która była bardzo piękna. Zachwyt mój wzbudziły leżące na sarkofagach olbrzymie, kamienne postacie rycerzy. Marynia uklękła przed głównym ołtarzem i kazała mi również uklęknąć. Bolały mnie kolana. Gdy wychodziliśmy z kościoła, wzięła mnie za rękę i rzekła:
– Nic nie mów rodzicom, że byłeś ze mną w kościele.
– Dobrze, Maryniu. (…)

Kilka dni później Marynia znowu wzięła mnie z sobą do katedry. Uklękliśmy przed głównym ołtarzem. Zmówiła Ojcze nasz i kazała mi powtarzać za sobą słowa modlitwy, po czym szeptem wytłumaczyła mi, że modliłem się do tego Boga w cierniowej koronie, który wisi przed nami na ołtarzu, na krzyżu. Nic nie rozumiałem.
– To jest Bóg? – spytałem.
Potwierdziła skinieniem głowy.
– W cierniowej koronie?
– Tak.
– Czyj Bóg?
– Nasz…
– Mój?
– I twój, i mój.

Ogarnął mnie lęk. Czułem, że ta Postać wisząca na krzyżu – dlaczego wisi na krzyżu? Dlaczego w cierniowej koronie? Po co? W jakim celu? – znajduje się w jakimś niewidzialnym kręgu, którego nie umiem przekroczyć. Nikogo jednak nie prosiłem o wyjaśnienie trapiących mnie niepewności.
(…)

Niekiedy, gdy sam szedłem ulicą Kapitulną i przechodziłem obok krzyża, wiszącego na wschodnim murze katedry, ostrożnie rozglądałem się dokoła – dlaczego? – czy ktoś nie widzi, ukradkiem uchylałem czapkę i zawstydzony przyspieszałem kroku. Ten rozpięty na krzyżu Człowiek, sczerniały od deszczów i wiatrów, napełniał mnie coraz większym niepokojem.

Z czasem zacząłem omijać ulicę Kapitulną i okrężną drogą szedłem na Stary Rynek.

 

Czas na starej fotografii

 

Na starej fotografii  Tarnowa z roku 1929 wykonanej z lotu ptaka – zdjęcie zrobiono na niedużej wysokości – wyraźnie widać kamienicę, w której mieszkaliśmy, i kogoś stojącego na balkonie.  Czy to mój ojciec? Moja matka?

Jak archeolog, który dokopawszy się do głębokich warstw ziemi odnajduje w nich resztki starych fundamentów i przedmiotów, tak ja błądząc wzrokiem po tej fotografii, raz po raz odkrywam na niej dobrze znane mi miejsca, zabytkowe budowle, ratusz, ulice, place, pomniki, ogrody, kościoły, a w końcu – czy mnie wzrok nie myli? – przed budynkiem szkoły powszechnej, do której jako chłopiec chodziłem, widzę jakąś sylwetkę z parasolem w ręce. Czyżby to dyrektor Szypuła o sumiastych wąsach, który codziennie po południu mijał nasz dom, udając się na przechadzkę do Ogrodu Strzeleckiego (…)

 

Teatr w sali „Sokoła”

 

W latach dwudziestych przyjechał do mojego rodzinnego miasta Karol Adwentowicz z trupą teatralną na trzy kolejne przedstawienia „Ojca” Strinberga w sali „Sokoła”. Ponieważ w zakończeniu drugiego aktu Adwentowicz , który grał tytułową rolę, miał chwycić ze stołu zapaloną lampę naftową i rzucić nią w swoją żonę, Laurę, intendent zakupił w składzie lamp Mojżesza Leibla przy ulicy Wałowej trzy stojące lampy naftowe, ozdobne i złocone, o szerokich matowych kloszach. Był to bowiem szczęśliwy czas, gdy na scenie teatralnej lampa była lampą, krzesło krzesłem, stół stołem, a drzwi drzwiami…

Poszedłem z rodzicami na premierę. Mojżesz Leibel siedział z żoną w pierwszym rzędzie.
Minęło kilka dni. Ojciec zabrał mnie z sobą do miasta. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu Leibla…
– Cóż to się stało? – spytał mój ojciec. – trzy razy był pan na Ojcu Strindberga? Zasmakował pan w teatrze? Urzekł pana Strindberg?
Leibel gorzko się uśmiechnął i rzekł zbolałym głosem:
– Co znaczy zasmakował? Co znaczy urzekł? Ja poszedłem patrzeć, jak ten wariat Adwentowicz niszczy mój towar…

 

Przystanek utraconej nadziei

 

Moje miasto rodzinne było zawsze bardzo ambitne. I jak przystało na ambitne miasto, miało ambitnego burmistrza, którym był przez długie lata dr Wilhelm Tertil, świetny administrator, zasłużony działacz społeczny i gorący patriota. Posłował do parlamentu austriackiego w Wiedniu, był ostatnim prezesem Koła Polskiego, a poza tym właścicielem okazałej kamienicy z długim, dwuwylotowym dziedzińcem łączącym Plac Kazimierza z Rynkiem. Tarnowianie nazwali tę wspaniałą budowlę Pasażem Tertila, albowiem tworzyła ona w ich świadomości godną paralelę z Pasażem Mikolasza we Lwowie. Tertil, (…), chcąc osiągnąć cel swoich marzeń, systematycznie swoje miasto rozbudowywał, porządkował, upiększał, uprzemysławiał, zakładał zieleńce i zbudował linię tramwajową łącząc dworzec kolejowy
z odległą Grabówką. Cztery czerwone wozy tramwajowe z regularnością zegarka dumnie krążyły po tej jednej linii i stanowiły żywy dowód gospodarności burmistrza. (…)

Gdy pewnego dnia, już po drugiej wojny światowej przybyłem w odwiedziny do mojego rodzinnego miasta i stanąłem na placu przed dworcem, stwierdziłem z żalem , że po dumnym tramwaju i jego szynach i sieci elektrycznej nawet ślad nie pozostał.
– Gdzie jest tramwaj? – spytałem jakiegoś stojącego obok wyrostka.
Chłopiec spojrzał na mnie jak na człowieka niespełna rozumu i odparł:
– Co? Tramwaju się panu zachciało? U nas nigdy nie było tramwaju…
– Jak to nie było? – spytałem urażony. – Był. Przecież sam nim jeździłem.
Chłopiec krzyknął:
– Wariat!
I uciekł.

Rozejrzałem się dokoła, poszedłem kilkadziesiąt kroków przed siebie i przystanąłem w miejscu, gdzie ongi znajdował się przystanek- dobrze pamiętam to miejsce – chcąc chociaż przez chwilę przywołać dawno umarłą rzeczywistość. I cierpliwie czekałem na tramwaj, który już nigdy, nigdy nie przyjedzie.

 

Tarnowskie więzienie

 

Tarnów był dumny z czterech rzeczy: ratusza pochodzącego z czasów Władysława Łokietka, z tramwaju, z mauzoleum generała Bema i nowoczesnego budynku więziennego. Wymieniłem te zabytki w chronologicznym porządku ich powstawania, co jest na pewno sprzeczne z wartością jaką miasto do nich przykładało.

W Przewodniku po Tarnowie wydanym w roku 1927 nakładem księgarni Zygmunta Jelenia, czytamy na stronie 34: „W więzieniu, oddanym w roku 1927 do użytku, zastosowano urządzenia nowożytne: kuchnia gotująca przy pomocy pary wodnej, elektryczna pralnia i piekarnia.(…) Schludne cele, wzorowe warsztaty, obszerne korytarze, sala szkolna i scena, a nade wszystko kaplica więzienna z rzeźbionym w drzewie ołtarzem, czynią to więzienie najlepiej wyposażonym w całej Polsce”. To brzmi nieomal jak reklama luksusowego sanatorium.
(…)

W roku 1934 poznałem w Warszawie byłego złodzieja, a wtedy już literata, Urke Nachalnika, w owym czasie autora głośnego bestsellera pod tytułem Żywot własny przestępcy. Niezmiernie urosłem w oczach Nachalnika, gdy dowiedział się ode mnie, że pochodzę z Tarnowa.
– Tam jest wspaniałe więzienie – powiedział do mnie. – Pamiętam jak raz, gdy przycisnęła mnie bieda, postanowiłem wybrać się do Tarnowa z zamiarem popełnienia jakiejś drobnej kradzieży, aby mieć potem zapewniony kilkumiesięczny pobyt z dobrym utrzymaniem w tarnowskim mamrze. Niestety plan się nie udał. W drodze do Tarnowa zatrzymałem się w Radomiu u przyjaciół, którzy mnie namówili do skoku. Wpadłem. Na tarnowską riwierę nie zdążyłem.

To powiedziawszy spojrzał na mnie z uznaniem i dodał:
– Wie pan, pochodzić z Tarnowa to wielki zaszczyt…

 

Moja podróż sentymentalna

 

Było to w roku 1957. Po trzydziestu latach po raz pierwszy wybrałem się w podróż do rodzinnego miasta. Z początku nie chciałem jechać. Któż chętnie jedzie na cmentarz minionych lat ? Ale tak długo zanudzali mnie listami i telefonami, aż lekkomyślnie uległem namowom i pojechałem. Siedząc w pociągu, rozmyślałem: – to jest smutna podróż. Miasto jest inne i ja jestem inny. Będziemy na siebie nawzajem patrzeć i kiwać z politowaniem głowami. (…)

Pociąg wtoczył się na dworzec. Ponieważ przyjechałem na zaproszenie teatru na premierę mojej sztuki, nikt mnie z dyrekcji na stacji nie oczekiwał. (…) Wyszedłem przed dworzec, rozejrzałem się po małym placyku, po plantach – na pewno już nieliczni mieszkańcy miasta pamiętają, że te zieleńce powstały na miejscu dwóch zasypanych stawów – i ruszyłem pod górę ulicą Krakowską w poszukiwaniu młodzieńca, który tu kiedyś żył, stawał się, dojrzewał, a teraz wydawał mi się tak bardzo odległy, że aż nierzeczywisty. (…) W hallu hotelu czekał na mnie reżyser. (…) Zaprosił mnie do swojego mieszkania. Szliśmy obok siebie w milczeniu. Minęliśmy szkołę „normalną”, do której ongi chodziłem, dom, w którym spędziłem dzieciństwo, i gmach dawnego „Sokoła”.
– To jest nasz teatr – powiedział.
– Tak. Domyśliłem się. W tym budynku odbywały się za czasów mojej pierwszej młodości przedstawienia teatralne. Tutaj rezydował Dante Baronowski. (…)

Skręciliśmy w ulicę prowadzącą do Ogrodu Strzeleckiego. Niestety, nie mogę sobie teraz przypomnieć, czy ulica była jak dawniej wysadzana drzewami kasztanowymi(…) i stanęliśmy przed parterowym domem, za którym w głębi wznosił się długi dwupiętrowy gmach. Ongi otynkowany był na lśniącą biel.

Z powodu swojego przeznaczenia – mieścił się w nim za austriackich czasów garnizonowy szpital 57. pułku c. k. infanterii, a po odzyskaniu niepodległości 16. pułku piechoty – kojarzył mi się zawsze z postacią lekarza odzianego w kitel nieposzlakowanej białości.
– To tutaj – rzekł reżyser, wskazując ręką parterowy budynek.
– Tutaj? – spytałem, nie rozumiejąc, o czym mówi.
– Tutaj mieszkamy – rzekł.
– Kto mieszka?
– Aktorzy naszego teatru. Zajmujemy lewą część parteru.
– Lewą?
– Tak. Zanim pójdziemy na przedstawienie chciałem pana u siebie ugościć. Napijemy się herbaty. (…)

Wiele przeżyłem w życiu, ale dotychczas nigdy jeszcze nie piłem herbaty w szpitalnej kostnicy, która za austriackich czasów mieściła się właśnie w lewej części tego parterowego budynku, o czym gościnny gospodarz nie mógł wiedzieć. (…)

Wszedłem na salę teatralną. Nic się tutaj właściwie nie zmieniło poza publicznością i krzesłami. (…) Usiadłem na wyznaczonym miejscu, w trzecim rzędzie w środku. Gdy ongi szedłem z ojcem do teatru, siedzieliśmy także w trzecim rzędzie. Gdy szedłem sam, kupowałem za dziesięć halerzy bilet „na stojaka”, a wtedy musiałem wytężyć cały spryt, aby w sposobnej chwili, tuż po wygaszeniu świateł na widowni, dać nura między krzesła i usiąść na z góry upatrzonym wolnym miejscu. (…)

 

Klucze otchłani

 

Podczas pobytu w Tarnowie postanowiłem pójść na stary kirkut, aby odwiedzić grób mojego dziadka. Ale niestety brama była zamknięta. Przez wysokie, żelazne sztachety dostrzegłem wśród wierzb, topól i gęstych krzaków zarosłe trawą ścieżki i pochylone, omszałe nagrobki, które jak kamienne dłonie sterczały z ziemi. W. poszukiwaniu bocznego wejścia obszedłem dokoła cmentarz i natknąłem się na starca , który stał na środku drogi opierając się
na lasce. Wypoczywał.
– Czy ten cmentarz jest zamknięty?
– Tak.
– Chciałem go zwiedzić. Może pan wie, gdzie mieszka dozorca?
– Nie wiem…- odparł starzec. – Nie wiem… Tego cmentarza nikt nie odwiedza…

Wróciłem do bramy cmentarnej, wyjąłem z kieszeni pęk kluczy – od biurka , do mieszkania i od bramy mojego domu – i próbowałem otworzyć nimi zardzewiały zamek. Nie ustępował. Dałem więc za wygraną, spojrzałem jeszcze raz w głąb kirkutu o pobiegłem do autobusu, który właśnie zatrzymał się na przystanku. Biegnąc, słyszałem jak w kieszeni mojego płaszcza dzwoniły klucze, które nie pasowały do cmentarnej bramy.
 

 

Raj nieodzyskany
Ojciec Jan siedzi naprzeciw mnie i opowiada o swoich rodzinnych stronach w Tarnowskiem, które są również moimi stronami rodzinnymi. Padają nazwy, które brzmią dla mnie pełnią poezji i wspomnień: Melsztyn, Zakliczyn, Tuchów, Lisia Góra, Dąbrowa, Żabno, Brzesko, Dunajec, Biała, Zgłobice… Słucham z zapartym tchem, a potem już wcale nie słucham, i tylko powtarzam w myślach te nazwy miasteczek, wsi i rzek, a potem i nazwy się zacierają i tylko kojarzę je ze zdarzeniami z czasów mojego dzieciństwa i młodości, z barwami i zapachami pól, łąk, ogrodów, po których pozostała tylko gorzka wiedza o straconym i nieodzyskanym raju, strzeżonym zazdrośnie przez cienie dawno zmarłych archaniołów.

 

Pamiętam

 

Urodziłem się na dwa lata
Przed śmiercią Wyspiańskiego
Jeszcze żyła Orzeszkowa,
Jeszcze żył Prus,
Jeszcze żył Sienkiewicz,
Jeszcze pamiętam dokładnie
Jak przeprowadzałem na drugą stronę ulicy
Ślepego Tetmajera.

Pamiętam jeszcze lampy naftowe
I lampy gazowe,
I pierwsze telefony,
I pierwszy samochód,
I pierwsze żarówki,
I pierwszy kinematograf,
I katastrofę Titanica,
I konne tramwaje.

Kasztany inaczej kwitły niż dzisiaj,
Bzy inaczej pachniały.

Kocham ten czas,
Na początku którego…

Na początku którego…
To było moje sakralne
„Na początku”,
Moje biblijne
„Na początku”,
Moje
„Na początku”
Które minęło
I nigdy dotychczas nie powróciło do życia.

Czy chciałbym do tego czasu powrócić?

 

  1. Jan Góra OP o śmierci Rabbiego Romana Brandstaettera

Na wiadomość o śmierci pisarza Papież Jan Paweł II zareagował natychmiast: Módlmy się razem za śp.Romana . Niech przemawia do czasem „zmęczonych” chrześcijan żywiołowa wiara tego wielkiego chrześcijanina – syna Izraela. Na pogrzeb nadszedł telegram: … Przez całe swoje długie i owocne życie docierał do Chrystusa. Pielgrzymował i szukał dla siebie miejsca w Kościele, w literaturze, w środowisku, w świecie. Tak dźwigał nie tylko siebie, dźwigał nas wszystkich, swoich czytelników ku Bogu.

 

 

 

 

Fotografie: Michał Stańczyk, Bartosz Moczulski, Jakub Ochnio

Tekst: Roman Brandstaetter: Krąg Biblijny, Przypadki mojego życia.

Scenariusz: Halina Żok

Opracowanie komputerowe: Uczniowie III LO

 

Dodaj komentarz